Donald Slayton nie tylko złamał zasady lotów kosmicznych. Złamał je, odczekał dwadzieścia lat, a następnie złamał je ponownie na orbicie. Urodzony w Sparcie w stanie Wisconsin w 1924 r. Slayton był jednym z siedmiu astronautów programu Mercury wybranych w 1959 r. Miał stać się jednym z pierwszych Amerykanów, którzy unosili się w stanie nieważkości. Zamiast tego spędził dwie dekady na Ziemi, obserwując, jak inni latają w kosmos, zanim w końcu odbył swój lot w 1975 roku.
Jego droga do gwiazd nie była prosta. Slayton dołączył do Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych w 1942 roku. Podczas II wojny światowej odbył pięćdziesiąt sześć misji bojowych. To była trudna służba. Po wojnie uzyskał dyplom z inżynierii lotniczej na Uniwersytecie w Minnesocie. Pracował jako inżynier w Boeingu. Następnie w 1951 roku powrócił do czynnej służby w Powietrznej Gwardii Narodowej Minnesoty. W 1955 roku został pilotem testowym w bazie sił powietrznych Edwards w Kalifornii.
Wtedy nastąpił cios. Program Mercury go potrzebował. Ale lekarze odkryli nieregularny rytm serca.
Był uziemiony.
To brzmi jak koniec snu. Dla większości ludzi tak by było. Slayton nie poddawał się. Został dyrektorem ds. operacji załogi w Johnson Space Center. Szkolił astronautów. Tworzył załogi do niemal każdej misji Gemini i Apollo. To on decydował, kto będzie latał, podczas gdy on pozostanie na Ziemi.
Człowiek, który nie potrafił latać, stał się tym, który decydował, kto może.
Dlaczego jego serce się zmieniło? Lekarze nigdy tego do końca nie wyjaśnili. Arytmia po prostu zniknęła. W 1975 roku Slayton miał pięćdziesiąt jeden lat. Bicie serca było normalne. NASA zwróciła na niego uwagę. Przyjrzeli się misji Apollo-Sojuz. Było to wspólne przedsięwzięcie Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego. Symbol pokoju. Slayton został przydzielony jako pilot modułu dokującego.
Misja trwała od 15 lipca do 24 lipca 1975. Leciał z Thomasem P. Staffordem i Vance’em D. Brandem. Był w kosmosie. Był starszy od pozostałych członków Mercury Seven, kiedy odbywali loty. Był wówczas najstarszym Amerykaninem w kosmosie. Ale rekordy go nie interesowały. Interesowało go uścisk dłoni na orbicie z radzieckimi kosmonautami.
Slayton nie przeszedł na emeryturę po tym locie. Pozostał na stanowisku dyrektora testów lotów orbitalnych w programie promu kosmicznego. Pomógł ukształtować nową erę amerykańskich lotów kosmicznych. Ostatecznie w 1982 roku przeszedł na emeryturę.
Ale to nie przestało działać. Założył Space Services, Inc. Była to firma pionierska. Wystrzelili małe satelity. Wzięli wizję ery Merkurego i zastosowali ją w nowym, mniejszym świecie.
Slayton zmarł w Lewisville w Teksasie w 1993 roku. Prowadził życie, które nie mieściło się w chronologii. Czekał. Patrzył. Gotował. Leciał. A potem stworzył infrastrukturę dla tych, którzy przyjdą po nim.
Historia Donalda Slaytona to nie tylko historia choroby serca, która zniknęła. To opowieść o cierpliwości. To opowieść o cichej sile




























