Ostatnie ujęcie: Atlantyda pozostawia swój ślad na niebie Bahamów

17

Spójrz na to zdjęcie. Jest klarownie, ostro i bezbłędnie finalnie.

Dokładnie piętnaście lat temu jeden z legendarnych „koników pociągowych” NASA pojawił się w polu widzenia astronauty spokojnie obserwującego naszą planetę. Fotobomba z samochodu, który nas tu przywiózł. Ale to nie był byle jaki samochód. To była Atlantyda. Ostatni.

Ciężki samochód na niebieskim tle

NASA zbudowała pięć takich statków. Kolumbia, Challenger, Discovery, Atlantis i Endeavour. Latali od 1981 do 2011 roku. W sumie wykonali 135 misji. Ponad 32 tysiące godzin szybowania nad naszymi głowami. Złożyli ISS (Międzynarodową Stację Kosmiczną) kawałek po kawałku, bolesny krok po kroku, zanim zaczęli przewozić ludzi tam i z powrotem jak kosmiczną taksówką.

Wysłali także na orbitę Hubble. To chyba ich najsłynniejsza sztuczka. Ale to zdjęcie? To koniec pewnej epoki.

„Atlantyda” w akcji

Oto ona się zbliża. „Atlantyda”. Najwięcej mil ma za sobą po Discovery. 33 loty. Szacunek.

Na zdjęciu szybuje w stronę Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, lecąc nad tą samą uderzającą turkusową wodą, która jest wyjątkowa tylko dla wód wokół Bahamów. Drzwi do jej „żołądka” są szeroko otwarte.

Po co? Głównie do odprowadzania ciepła. Grzejniki potrzebują przestrzeni, aby zrzucić energię cieplną na niską orbitę okołoziemską. Ale te drzwi miały inny cel. Pozwolili mechanizmowi dokującemu połączyć się ze stacją. W ten sposób powstał szczelny tunel, umożliwiający ludziom przemieszczanie się z jednej metalowej rurki do drugiej bez konieczności zakładania skafandra kosmicznego przed każdą wycieczką do toalety.

Znów w górę i w dół

8 lipca 2011. Wtedy to się zaczęło. Atlantyda wzniosła się pionowo z Centrum Kosmicznego im. Kennedy’ego, przywiązana do pomarańczowego zbiornika paliwa i dwóch silników przypominających rakietę.

Wylądowała 21 lipca. Tym razem nie płonęła. Szybowiec dotykający betonu. A teraz? Stoi za szkłem w kompleksie dla zwiedzających, cicha i wytworna. Relikt.

Pomyśl o liczbach. 4848 obrotów. Prawie 126 milionów mil. Na tej odległości można by przelecieć z Ziemi na Księżyc 525 razy.

Odwiedziliśmy rosyjską stację Mir. Wysłaliśmy Magellan na Wenus. Galileo poleciał w stronę Jowisza. Dotknęliśmy odległych światów.

Dlaczego oglądamy?

Te obrazy przemawiają do ludzi.

NASA tak stwierdziła. Nie wcześniej niż w 2011 roku. Podobały im się te „ujęcia z kropkami”, bo miały ramkę. Rama ludzka. Krawędź drzwi wahadłowych lub poręcz zapewniają skalę. Bez tego? Tylko kula gazu. Z tym? Nasza kula gazu.

Czy wszystko skończyło się dobrze? Dobrze. Tak. Nie.

Utrzymanie rdzewiejących silników odrzutowych kosztuje miliardy. Stacja została zbudowana i prace zostały w większości zakończone. Dlatego NASA zamknęła program. Odnosząc się do kosztów. Powołując się na użyteczność.

Ale pamiętajcie Challengera z 1986 roku. Pamiętajcie Columbię z 2003 roku. Wszystkich. Program dwukrotnie wykrwawił się, zanim wygasł.

Od tego czasu żaden inny skrzydlaty statek kosmiczny nie zabrał ludzi w próżnię. Tylko my. Te pięć samolotów. Wyszli.

Pozostają fotografie.

Widzisz Bahamy. Widzisz zakręt świata. I widać ducha samochodu, którym nas tam zawiózł.

To, co dzieje się później, wygląda zupełnie inaczej.